
Zimowo Hey!
Trzy dni gapienia się w ekran, ruszania myszką i zastanawiania się, który to skrót klawiszowy odpowiada za przyciąganie do siatki, a który do obiektów, który za tworzenie pętli, a który za zaznaczanie całej grupy obiektów, itp. itd. etc. Rezultat cieszy oko - pewnie przez ten czas bym się tylko włóczył po polach.
Z Biskupca na Wilimy na przełaj po lodzie. Właściwie to nie zupełnie na przełaj, bo chciałem odwiedzić wyspy, pogadać z wędkarzem i przyjrzeć się rowerzyście jadącemu gdzieś w oddali. Trasa z grubsza. Nagrany został też filmik dostępny na YouTubie.
Wstałem o piątej. Po ostatnich przygotowaniach ruszyłem na tramwaj do oliwy, tam na autobus do osowy, gdzie w końcu w pociąg i do samej Gołubi. Miałem też okazję poznać starszego podróżnika i Panią Fizyk, którzy opowiedzieli o okolicach i upewnili mnie o słuszności bliższego poznania tych stron. Podróż zleciała zatem migiem, nawet turysty wylazły na wcześniejszych stacjach. A w Gołubi przywitał poranek i słońce, i wędkarz ze sporym wiertłem, który i tak odbił na pobliskie jezioro. Celem był najwyższy szczyt Niżu Środkowo - Europejskiego ;) jak to ładnie brzmi, a liczy sobie ok. 328 m n.p.m. Zobaczmy więc ...
I tak szedłem... czasem drogami, czasem na przełaj. I albo rozpinałem się z gorąca (zestaw zimowy wzbogaciłem o polecony przez Toosha polar Quechucha 50 - nałożony na grene, bo podobno jako pierwsza warstwa lubi szybciej zacząć śmierdzieć, polecam teraz i ja, cena/jakość super), albo marzłem w łapy trzymając aparat... Akumulator jakoś strasznie szybko oznajmił niechęć do współpracy, więc wyjmowałem go i wkładałem w cieplejsze miejsce - od razu mu się polepszało. I tak lazłem żywej duszy nie widząc.. aż nie dolazłem do Szymbarku...
... a w Szymbarku krzyki, dzwonki i kupa śmiechu... Przy jakimś większym parkingu stoi kilku gospodarzy ze swymi końmi i saniami oczekując turysty. I znajdywali się, bo co rusz ktoś zajeżdzał i wyładowywał zgraje od dzieciaków do staruszków, którzy pędzili zająć swoje sanki. Polazłem czym prędzej do najbliższego lasu...
... a w lesie brak ścieżek, śniegu momentami po kolana!! i tak przez ponad pół godziny - ubaw na całego, a pod koniec... nie miałem już siły iść (próbowałem nawet na czworaka...). Ale chałwa w gębę, nogi do góry i jakoś to szło ślimaczo... aż usłyszałem dobrze znane odgłosy ludzkiego zwierza - czyli to już blisko Wieżycy. I nic innego - znalazłem idealnie udeptaną ścieżkę, która jakby w ogóle nie stawiała teraz oporu... Podlazłem pod tą kupę kratownic i kątowników, kroka dałem, potem dwa i tak ileś tam... kolejnych aby...
... wejść na górę i westchnąć przesadnie (oczywiście w sobie bo o dyskretność tu chyba trudno). Pogoda dopisała - to na pewno, widok mi się bardzo podobał. Tobie też się pewnie spodoba :)
O godz. 12:13 zrobiłem pierwsze zdjęcie z wieży. Drogę powrotną stanowił czarny szlak Wzgórz Szymbarskich w stronę Sławek, a tam docierając koło 16:00 ponowiłem transport ciała analogiczną trasą komunikacyjną jak z rana. I to tak z grubsza...
Notatki, linki, różne pomysły sprzętowe na piesze i rowerowe wypady "prawie ULTRALIGHT"
- Toosh.
Z przyjemnością chciałbym zaproponować Państwu przygody ser Trochimsona z "Kraju Makaroniarzy", które co jakiś czas umieszcza w swej TrochimLandii.
Jesteśmy gdzieś w gminie Biskupiec na Warmii, tylko gdzie dokładnie? Trzy różne miejsca... znajdź je! Chyba że już wiesz, ale na pewno? Napisz.
16 Listopada 2009 | SkomentujZacząłem w końcu nadrabiać zaległości trójmiejskiego parku krajobrazowego, i muszę przyznać że zachwycony jestem zwykle przesadnie. Szczególnie górkami i widokami z nich - nie raz brakło tchu już na podejściu... Park okazuje się być posiatkowany ścieżkami jak tort dzielony między wielu, i bardzo różnych... bo spotkać można dzieci, rodziców i ich psy, samodzielne i niezależne psy także można spotkać, bikerów i biegaczy a w zimie narto-biegaczy o czym świadczyć mogą wymalowane na drzewach sylwetki postaci z długimi stopami. Zakochane pary i foto-amatorzy, harcerze też się pojawili.
A kiedy w końcu ruszyło się na przełaj, „gotów stawić czoła nieznanemu”, co rusz przecinało się którąś z tych torto-linii, a może już nawet nie przecinało się bo całość parku stanowiła taka szeroka ścieżka. Nie wiem... ale nad porządkiem ktoś tu musiał sprawować opiekę. Żadnych krzaków, gąszczy, zarośli itd. Nawet połamane czasem drzewa, wydawać by się mogło, zamierzoną atrakcję stanowiły. I gdyby nie pagórkowaty teren, to pewnie wytężając zmysły dostrzec można by było spacerowiczów już z kilometra. Strach pomyśleć jak tutejsze zwierzęta są wstanie uniknąć wzroku ciekawskich. Zaszywając się na gorącą herbatę i kawałek czekolady na jednej z górek widziałem uciekającą trójkę saren... oby były tu jeszcze miejsca spokojne i dla nich.
Podobno sporo tu dzików... znajomi z roku opowiadali, że włóczą się między blokami na obrzeżach parku... ahaaa...
26 Października 2009 | SkomentujKorzystając z okazji i miejsca, zapraszam także na rozległe pastwiska pewnej Owcy, na których stoczy pewnie nie jedną walkę z wilkami czy kłusownikami (to rozległe pastwiska, a skoro tak to z gangiem też będzie miała do czynienia) ale i zazna na pewno wiele z pasterskiej opieki i górolskich tradycji.
A właściwie to do Katalonii. Wersja relacji jeszcze wstępna z braku czasu i takie tam...
1 Kwietnia 2009 | Skomentuj