To były ostatnie wakacje przed studiami, a właściwie ich końcówka, z którą chcieliśmy coś sensownego zrobić. I tak powstał pomysł wypadu rowerowego, podczas którego mieliśmy, Szczepan, Romek i ja, zwiedzić bunkry w Gierłoży, Martiach itd. a ostatecznie dojechać do piramidy w Rapie. Trasę ustalaliśmy przy piwku w starym underze. Ja miałem za zadanie przygotować materiały o miejscach, które odwiedzimy. Szczepan był technicznym - uratował wypad już na początku reperując dętkę roweru Romka. Romek kołował namiot olbrzym - 6 os. z dwoma sypialniami, który pomieścił w jednej nas a w drugiej rowery.
Było ciepło jak na połowę września ale pamiętam strasznie wiało - niestety pierwsza noc zadecydowała o losach wypadu. Prawie nie spaliśmy... było po prostu za zimno mi i Romkowi. Jedynie Szczepan uszedł cało - oprócz śpiwora miał materac, ja najzwyklejszą karimatę a Romek tylko śpiwór. Także tuż po wschodzie wstaliśmy, zjedliśmy resztki kurczaka zabranego z domu Romka i ruszylismy ku domowi. Nie chcieliśmy wracać tą samą trasą więc improwizowaliśmy - co stało się też przyczyną pewnego konfliktu, zresztą zrozumiałego - ja upierałem się jechać głównymi krajowymi drogami, Romek bocznymi. Rozdzieliliśmy się bodajże w Rynie. Ja ze Szczepanem prosto przez Mrągowo a Romek.. (dopisać). Spotkaliśmy się ponownie w Sorkwitach i już prosto do Biskupca.
Zamiast sakw mieliśmy zwykłe worki na śmieci (nawet nie czarne) - wyglądać musiało to dość komicznie :) szczególnie gdy coś się z bagażnika obsuwało. Ubranie stanowiły zwykłe bluzy, spodnie itd. a najlepsze miałem ja: dziecięcy kapelusz kowbojski, glany i spodnie dzwony. Jedzenie inne niż batony piekliśmy w ognisku, mieliśmy nawet patelnię. Podczas drugiego dnia pokonaliśmy swój rekordowy dystans ok. 90km przybywając do Biskupca na wieczór. Dotarcie do Rapy zostało odłożone na kolejne lata... jak się okazało dotarłem tam dopiero latem 2009.

























