Pierwsza "wyprawa" całodniowa, ponad stukilometrowa 2 VIII 2005. Z Biskupca Reszelskiego na Kurpie, do wsi Potasie przez Szczytno i Myszyniec. (1) Odcinek Biskupiec - Szczytno (36km) przez Kobułty, Orzyny, Nw. Kiejkuty. Ale tam pełno górek, szczególnie przed Szczytnem, kilka ogromnych pod rząd. Trasa sama w sobie spokojna, zresztą jak cała planowana trasa. (2) Szczytno - Myszyniec (38km) przez Wawrochy, Księży Lasek, Pełty i ostatni (3) Myszyniec - Turośl, Potasie (25km) główną z Myszyńca w stronę Kolna.
Wyjazd o 7:30, koniec o 17:50 (106km z mapy). Przerwy zazwyczaj w Kałęczynie, Szczytnie (koło jeziora), Wałach (50m od drogi pod drzewem) - przysnąłem tam nawet kiedyś, pod tą brzozą, dookoła pełno mrówek - ale wtedy to był najmniejszy problem. To, co przeszkadzało to gorąco, słońce, słońce i jeszcze raz słońce. Czytam z zapisków z trasy "czas wsiadać na rower, chociaż tam nieco chłodniej". Na pewnym skrzyżowaniu niedaleko Dębów pamiętam wszamałem na raz dwa lody. W Myszyńcu jakieś frytki.. to był czas!
Tak to się zaczęło. Później co roku w wakacje jeździłem do Dziadków rowerem tą trasą. Z roku na rok nieco szybciej, nieco sprawniej, już bardziej przygotowany na gorąco. Ha, bez kremu do opalania się np. nie ruszałem. Po zmianie roweru i nabraniu nieco kondycji przejazd zajmował do 4h łącznie z przerwami, ale to był raczej trening niż wypad. Jednego razu miałem na tej trasie wypadek, między Szczytnem a Myszyńcem. Nie zauważyłem jakiś dziur przy poboczu i wpadłem, koło przednie się dziwnie zablokowało, tył do przodu, ja z nim.. i przez ster na asfalt. Pamiątka do dziś na kolanie. Jeszcze wtedy nie jeździłem w rękawiczkach, więc i ręce zjechane. Aparat wisiał na szyi, obiektyw zdarty, o dziwo działa, do dziś działa. Z krwawiącymi rękoma zaszedłem do pierwszego domu nieopodal prosząc o nieco wody. Dwaj chłopacy otworzyli, pomogli serdecznie, nieco przestraszeni chyba. Innym razem wyjeżdżając już po południu, docierałem na miejsce po zmroku. Zachód słońca zawsze wtedy towarzyszył końcówce, a tam asfalt z Myszyńca do Turośli świeży, można dać upust jakiś tam marzeniom o wietrze we włosach i prędkości. A czy może być coś fajniejszego niż minąć kogoś, kto w tej samej chwili realizuje się tak jak my... Znak pozdrowienia puszczony tuż przed minięciem się. Siły jakby nieco więcej.
Od tej pory dokonywałem różnych modyfikacji tej trasy, to przez Dźwierzuty, to przez Krutyń. Ale wspomnień i tak najwięcej na tej oryginalnej. Każdy postój tworzył swoją małą historię.







